Ogień, krzew i Mojżesz Drukuj
Marysia pisze...
środa, 02 marca 2011 17:41

Naucz nas modlić się - mówią do Jezusa uczniowie - jak Jan nauczył swoich uczniów.

Chcemy modlić się tak, jak uczniowie Jana.

Brzmiało pięknie - ale może była to prośba o łaskę i rozwój duchowy, wynikająca tylko z ukrytych kompleksów i porównywania się ze współwyznawcami? Jezus odpowiada bardzo prosto i konkretnie. "Gdy się modlicie, mówcie: Ojcze nasz....". Tu nie ma żadnych wzlotów, głębin, determinacji, spoglądania na siebie, okrzyków, emocji czasem udawanych tylko po to, żeby dopasować się do wszystkich.

Nie muszę do nikogo dopasowywać się - poza samym Jezusem. Jeśli do Niego dostosuję w pełni siebie, nikomu oka nie wykolę. Liczy się tylko jedno : decyzja, by się modlić.

Jezus mówi : "Gdy się modlicie, mówcie : Ojcze". Muszę mocno przypomnieć sobie, że najważniejszym celem modlitwy jest nawiązanie osobistej relacji z Bogiem. Wyobrażam sobie tę relację na swój sposób - rzadko myśląc o tym, jak ją sobie wyobraża i jakiej chce jej Bóg. Szanuję Boga mniej od własnych wyobrażeń, pragnień, wiedzy, doświadczeń. Z nimi tak naprawdę nie warto się zadawać, gdy chcę się modlić.

Warto natomiast zadawać się ze swoimi zranieniami - one są najsilniej zintegrowane ze mną, najbardziej oddźwiękowe i najbardziej prowokujące Boga do zbliżenia się. Wiem o tym, a jednak wciąż najchętniej odwracam się od nich, najostrzej na nie reaguję, najciemniejszy mam wzrok, gdy patrzę na nie. Są najtwardszym otoczeniem dla mojego spotkania z Nim. Uciekam od nich jak najdalej. I bardzo możliwe, że rani Go to.

Ucieczka od bólu i trudnych życiowych doświadczeń z przeszłości jest ucieczką od spotkania z Nim w teraźniejszości. Zapominam o tym chętnie i żaden wyrzut sumienia nie przeszkadza mi w lekturze biblijnego opisu spotkania Mojżesza z Jahwe. Mojżesz słabowity, niedopasowany, niezdolny do standardowego osadzenia swojej egzystencji we współczesnych jemu realiach społecznych; trochę nieobecny w rodzinie, z nieudanym dzieciństwem, pozbawiony szansy na normalny dom w dorosłym życiu; odsunięty od głównego nurtu życia i przeniknięty poczuciem bycia odmieńcem - dociera do miejsca skalistego i pustynnego. Tu może przeżywać swoje zranienia i absurd egzystencji bez jakiejkolwiek szansy na ucieczkę. Już nie ma dokąd schować się przed samym sobą - w mocne wrażenia, w pracę, w pośpiech życia, w liczne płytkie relacje z ludźmi, w intelektualne zabawy interpretacjami rzeczywistości albo w radykalną pobożność. W nocy wśród skał bezsens istnienia, pozbawiony jakiejkolwiek perspektywy, zlewa się w jedno z totalnie bezradnym byciem sobą. Zranienia życiowe i ból psychiczny wyprowadziły go na miejsce, w którym przeżył największe ogołocenie i bunt przeciw sobie samemu.

Bóg pojawił się w jego historii w odpowiednim momencie. Wcale nie przez objawienia, grzmoty i blaski. Bóg zajął się Mojżeszem w dostosowany do niego, indywidualny sposób: zaintrygował go. W ten sposób wymusił na nim, by ruszył się z miejsca i podszedł bliżej. Mojżesz na chwilę przestał myśleć o swoim nieudanym życiu. Ujrzał przed sobą krzew, który spalał się - i nie poddawał się ogniowi.

Powinnam sama stać się takim krzewem, co intryguje innych tylko dlatego, że nie poddaje się w chwilach życiowego pożaru. Może to wystarczyłoby Bogu do wyprowadzenia ich z tego, z czego chciałby ich wyprowadzić ku Sobie. Ale do tego potrzebny mi jest.... ogień, co spopiela wszystko. Niełatwo mi o tym myśleć - chociaż bardzo mi łatwo w uniesieniu śpiewać "ześlij Panie Twego Ducha, niech napełni nas swym żarem, poślij dziś gorące tchnienie, w serca ogień wlej"... albo : "niechaj płomień Twej miłości spali mnie, niechaj spłonę dzisiaj w nim".

Uważaj na to, co śpiewasz. Żeby potem nie było pretensji do Boga - że poczułaś się wypalona, że musiałaś spalić się przed kimś ze wstydu, albo że jakaś wazna życiowa sprawa nie wypaliła tak, jak chciałaś. Przecież tylko spełnił twoją wyśpiewaną prośbę : dał ci swój ogień.... - tyle, że nie według twoich wyobrażeń. Nie musi się do nikogo dopasowywać. Jest Bogiem.

* * *

Zaintrygowany Mojżesz podchodzi bliżej i przypatruje się krzewowi. On, który przyjął bierną postawę wobec własnego życia - ponieważ w sercu zupełnie poddał się już obezwładniającemu prądowi złych wydarzeń, słów i bólu z przeszłości - w najciemniejszym, ogołoconym skalistym otoczeniu dojmującej goryczy istnienia staje się nagle maksymalnie zdolny do tego, by nic już nie rozpraszało jego fascynacji Ogniem.

Wchodzi bez przeszkód w najgłębszą istotę modlitwy : w czystą relację z Bogiem. Ona odmieni wszystko w historii jego życia, choć pozornie wcale jej nie zmieni.

Nie przeżyłby później przyjaźni z Bogiem takiej, jaką miał - gdyby wcześniej nie miał w życiu tego wszystkiego, co przeżył.

 

Meroutka

Zmieniony: wtorek, 08 marca 2011 20:47