Ufaj, córko ! Drukuj
Marysia pisze...
niedziela, 21 listopada 2010 13:40

Świt.

Budzę się nagle, wybita ze snu krótkim koszmarem.
Otwieram oczy. Niebo jest jeszcze trochę ciemne. Zdaje się, że to moja codzienna pora wstawania do pracy. Dzisiaj nie obowiązuje - jest sobota. Ale organizm tak się przyzwyczaił, że sam wyczuwa stałą godzinę i zarządza koniec spania.

Jest cicho i spokojnie. Odwracam się w stronę okna.

Sześć kolorowych frędzelków zwisa z parapetu. Wystarczy sięgnąć ręką i dotknąć ich palcami. Coś jakby dalekie echo "Stworzenia Adama" z Kaplicy Sykstyńskiej. Dotyk dwóch osób, rozdzierany właśnie decyzją na obdarowanie wolnością.

Frędzelki kolorowych zakładek i pożółkłe kartki. Ten mój brewiarz nie jest ani nowy, ani zadbany, ani świeży i pachnący. Dostałam go od klarysek kapucynek, kiedy akurat nie miałam pracy i pieniędzy, żeby kupić sobie ostatni brakujący tom. Dostałam "w spadku" po jednej ze zmarłych sióstr. Nie wiedzieli o tym ci, którzy podczas wakacyjnych rekolekcji z uznaniem spoglądali na niego i zauważali, że taki.... zużyty. Usłyszałam pochwały za przejaw wieloletniego modlitewnego trudu.... innej kobiety. Nie chciałam ich. Ale może dzięki temu będę miała większą świadomość obcowania świętych. Ona nadal się modli - tyle, że już nie po tej stronie, więc nie są jej potrzebne strony brewiarza.

Szaty Jezusa też musiały być zabrudzone od wędrówek i od ciągłego dotykania. Pchali się na Niego, napierali, szukali uzdrowienia, szukali zrozumienia. Jego tunika i płaszcz niekoniecznie mogłyby na mnie zrobić pozytywne wrażenie estetyczne. A jednak były przesiąknięte Jego mocą, gdy szedł przez miasteczko, otoczony tak ściśle ludźmi, że szpilki nie wetkniesz. Zupełnie jak na procesji Bożego Ciała.

***

Przedziera się przez tłum kobieta. Łapie kilka zakurzonych frędzli Jego płaszcza, które zwisały tuż przy ziemi. Nie było cicho i wygodnie, nie było samotnie. Nie wystarczyło sięgnąć ręką i dotknąć palcami. Trzeba było upaść do tych frędzli nisko. Nachylić się na sam dół. Jednakże tylko tam....  było najmniej tłocznie. Najwięcej przestrzeni i możliwości, żeby Go dotknąć. Wyciągnąć dłoń ku Bogu jak Adam w Kaplicy Sykstyńskiej.
Bóg stworzył tę kobietę wiele lat temu, a ona mogła właśnie teraz stworzyć Mu szansę na przemienienie jej życia. Zapewne posiadała w tym momencie taką świadomość obcowania ze Świętym, o jakiej nawet nie mam pojęcia, gdy chwytam brewiarz zmarłej zakonnicy i palcami przekładam zakładki zabrudzone... jak frędzelki płaszcza po długiej wędrówce. Na początku nie robiły na mnie pozytywnego wrażenia estetycznego. Chciałam szybko uzbierać pieniądze i kupić własny egzemplarz. Teraz już nie oddałabym tego tomu za dziesięć nowych, bo jest przesiąknięty mocą modlitwy trwającej o wiele dłużej niż moje życie.

***

Przedziera się przez tłum kobieta. Nie było ważne, co ludzie pomyślą. Nie było ważne, że ktoś może zrobić jej krzywdę - przewrócić, kopnąć, roześmiać się, pokazać palcem dziwaczne zachowanie odstające od społecznej normy. Liczył się tylko ten jeden moment w jej życiu. Drugiego takiego nie będzie. Tylko ten jeden cel skupiający cały wysiłek i dążenia : dotknąć Jezusa.
Innego celu nie miała, bo była chora.
Gdyby była zdrowa, miałaby więcej szlachetnych celów życiowych. Stabilizacja, mężczyzna, piękny ślub, dom, dzieci, praca, doskonalenie się, hobby, przyjaciółki, wspólnota wyznaniowa, działalność charytatywna, pobożne i dobre życie....
Gdyby była zdrowa, nigdy nie stworzyłaby okazji sobie i Bogu, żeby przeżyć takie dotknięcie łaski, które odmieniło wszystko.

Jezus obrócił się i rzekł : Ufaj, córko!

Czemu powiedział "córko"? To przecież zwrot ojcowski.
A ona miała krwotok od wielu lat. Może dlatego, że wypruwała sobie żyły, walcząc o jakikolwiek przejaw akceptacji w rodzinie, o dostrzeżenie w środowisku, o uznanie nauczycieli, o respekt w pracy, o pozycję społeczną - bo nie zaznała miłości od własnego ojca? Może wychował ją w poczuciu, że nie spełnia jego oczekiwań i przez całe dorosłe życie robiła wszystko po to, żeby wreszcie zadowolić go i usłyszeć pochwałę? Może nie miała wiary w to, że Bóg w nią wierzy i dlatego nie uwolniła się od dziecięcej potrzeby odczuwania potwierdzającej tożsamość obecności rodziców? Bo do tego trzeba pobytu w świątyni i wejścia w relację z Bogiem. Dwunastoletni Jezus to wiedział, gdy pierwszy raz świadomie zostawił mamę i tatę... dla Boga w Jerozolimie. A ona tyle samo - dwanaście lat - cierpiała na upływ krwi ! Może po prostu we właściwym momencie nie opuściła rodziców... w swoim własnym wnętrzu, żeby zrobić w nim miejsce na świątynię Boga. Wciąż była uzależniona w swojej samoocenie od ich opinii, chociaż od dawna była samodzielna, mieszkała o trzy godziny drogi od nich, widywali się rzadko i nie było telefonów komórkowych.

***

Żaden dźwięk we Wszechświecie nie ma takiego brzmienia dla ucha i serca kobiety, jak pochwała własnego ojca.
Nawet jeśli on ma osiemdziesiąt lat, a ona pięćdziesiąt.

"Twoja wiara cię ocaliła" - chwali ją po ojcowsku Jezus i to jest dla niej uzdrawiające.

***

W tej samej chwili, gdy sięgała dłonią do frędzli Jego płaszcza, nic jej nie ułatwiało realizacji marzenia. Bóg stał tyłem do niej. Wokół siebie miała napór dźwięków, ludzi, głosów, zapachów, utrudnień. Nie była przebojowa i nie torowała sobie drogi łokciami. Nie była  osobą znaną i wpływową - ludzie nie rozstąpili się przed nią, jak przed Jairem.

A jednak po prostu...  m u s i a ł a  Go dotknąć, bo wiedziała w sercu, że tylko taki dotyk ją uleczy, że tylko On ma prawdziwą miłość.

Nie była zachłanna. Nie rzuciła się na Niego. Nie krzyczała, żeby stanął. Nie prosiła nawet, żeby się odwrócił. Nie stawiała warunku, że musi Go zobaczyć, żeby coś się zmieniło. Nie skoncentrowała na sobie niczyjej uwagi.

Ważne było tylko jedno : znaleźć się blisko Boga.

Nie prosiła ludzi wokół, żeby uszanowali jej chorobę, żeby zrobili dla niej miejsce, żeby ją przedstawili Nauczycielowi, żeby współczuli, żeby poparli prośbę. Ewangelista nie dowiedział się nawet, gdy po latach pisał swoje dzieło, jak miała na imię.

Usłyszała od Boga w tej najważniejszej życiowej chwili więcej, niż samo wezwanie po imieniu. Dostała od Niego uważne spojrzenie - zainteresowanie - i pozwolenie na dotyk zupełnie inny niż ten, którego doświadczali ludzie wokół niej.

Dostała Słowo rozpoczynające rzeczywistość bardzo bliskiej więzi : córko.

To było właśnie to, czego najbardziej potrzebowała. Rozjaśniające codzienność zaufanie Boga, pozwalające przetrzymać atakującą ciemność, cierpienie i choroby. Ciepło Jego przyjaźni, rozświetlające najmroczniejsze kąty naszego spojrzenia na życie. To było właśnie to.

Świt.

Meroutka

Zmieniony: niedziela, 21 listopada 2010 16:38