Dysonans Drukuj
Marysia pisze...
poniedziałek, 09 maja 2011 18:44

Majowe.

W mojej obecnej parafii zupełnie inaczej zorganizowane, niż w mojej parafii rodzimej. Wystawienie Najświętszego Sakramentu, dwie-trzy pieśni do Maryi, litania loretańska, potem jeszcze trzy-cztery pieśni, błogosławieństwo.

Wszystko bardzo muzycznie – choć organisty nie ma – bo kościół przez prawie cały czas... tylko śpiewa.

Śpiewa pieśń za pieśnią. Tak po prostu.

Czasem taki moment jest niezwykle dojmujący, gdy w falę kolejnych zwrotek – dobrze znanych, a jednak czasem nagle brzmiących jak objawienie – wchodzisz i dajesz popłynąć dźwiękom przekraczającym widzialną rzeczywistość.

Czysty śpiew Kościoła. Jednolity. Mocny. Równy. Skoncentrowany na tej samej melodii i tych samych słowach. Płynący swobodnie, a jednak pod kontrolą. Kontrolowany, a jednak płynący swobodnie.

Czysty śpiew Kościoła. Majowe.

Świątynio Boga, módl się za nami.

I więcej mi nie trzeba – organów, scholi, gitary.

Czysty śpiew zebranych czasem zabiera nas w takie przestrzenie, gdzie żadna najdoskonalsza schola ani najlepiej brzmiąca gitara - nie sięgnie.

Gwiazdo zaranna, módl się za nami.

A dziś ludzie, śpiewając, wyjątkowo mocno obniżyli tonację i celebrans, chcąc podnieść o kilka tonów kolejną zwrotkę, usiłował narzucić przez mikrofon wyższe tony. Nie udało się, zabrakło mu siły przebicia. Kilka osób podchwyciło jego dźwięk i dostosowało się, ale reszta ciągnęła dalej po swojemu i nagle zabrzmiał przedziwny dysonans - ta sama melodia, ale rozpoczęta od dwóch różnych dźwięków i śpiewana równolegle, w stałej określonej odległości, trochę jak w średniowieczu; nie wiem, jak to się fachowo nazywa. Wikary mało się nie zadławił, słysząc ów masakryczny skutek nieudanej akcji.

Ucieczko grzesznych, módl się za nami.

Ale mnie opanował nagle zachwyt, bo czegoś takiego jeszcze nigdy nie słyszałam. Dobrze, że nie mam słuchu absolutnego. Dobrze, że nie jestem muzykiem i nie wiem, co to był za interwał... jeśli w ogóle można byłoby go określić. Wpadłam w niego jak w jasną tęczę, która daje się zobaczyć, ale nie daje się dotknąć i pozostawia nas w oddalonym od siebie zachwycie. Wpadłam w niego i słuchałam chciwie wiedząc, że takie momenty nie powtarzają się zbyt często. Wpadłam w niego czując, że jeśli muzyka w Bożej wieczności nieskończenie przekracza swoimi możliwościami harmonicznymi obecne nasze wyobrażenia i zdolność percepcji, to ten moment może jest pierwszym ku niej krokiem....

Uzdrowienie chorych, módl się za nami.

To właśnie ten moment. Starodawne majowe pachnące bzem i drewnianą ławką; codzienny zestaw tych samych twarzy starszych pań; ogołocenie z instrumentu, zaspani ministranci, stare pieśni i chwile dysonansów - wszystko tak niezrozumiale znajome i  do bólu zwyczajne.

Bramo niebieska, módl się za nami.

Właśnie tu dzieje się najgłębszy śpiew czystego Kościoła.... - śpiew ku wieczności.

Majowe.
 

meroutka

Zmieniony: poniedziałek, 09 maja 2011 19:12