Wyzwalająca prawda medytacji Drukuj
Modlitwa prostoty
wtorek, 03 lipca 2012 09:23

Szukamy prawdy, nie jakiejkolwiek, ale takiej, która wyzwala. To zakłada, że poznanie prawdy zmienia nas, a dalej, że prawdziwe poznanie jest aktywnością, zajmującą nie tylko nasz umysł, ale – całego człowieka. Skupiamy się na medytacji, która stanowi szczególną formę całościowej, holistycznej aktywności, naprawdę wyzwalającej człowieka. Tak odsłania się jedność trzech elementów tytułu na drodze, jaką tu rozważamy: na drodze medytacji, która daje wyzwolenie, gdyż otwiera na prawdę…

Rozwińmy zatem elementy, zawarte w tytule jako początku całości, jakby pączku, z którego rozwinie się kwiat – może lotosu, może bardziej egzotyczny czy raczej ezoteryczny…

1. Droga medytacji

Zaczynam od praktyki, gdyż ona dopiero pozwala na właściwe spojrzenie, czyli teorię (theoria – to po grecku właśnie spojrzenie, uważne, spostrzegawcze). Myślę przede wszystkim o praktyce chrześcijańskiej, inaczej: o chrześcijańskim ujmowaniu medytacji.

Najpierw ogólne stwierdzenie: medytacja stała się modna. Mówiące o niej ogłoszenia czy plakaty niosą różne dopowiedzenia: medytacja transcendentalna, wschodnia, zen… Określenia przypominają, że moda na medytację przyszła do nas od zewnątrz, ostatecznie ze Wschodu zwanego Dalekim, ale przybliżona została dzięki przyjęciu się na Zachodzie, poczynając od Stanów Zjednoczonych Ameryki, następnie w Europie. Wschodni mistrzowie organizowali kursy medytacji, które cieszyły się powodzeniem. Stopniowo pojawili się mistrzowie z kręgu zachodniej kultury, także mistrzowie chrześcijańscy, którzy wskazywali korzenie medytacyjnej praktyki, wykraczające poza jedną religię. W tym sensie moda na medytację posłużyła pogłębionemu spojrzeniu na nią, rozproszeniu nieporozumień.

Przed powierzchownym rozumieniem medytacji przestrzegali już mistrzowie Wschodu. Jeden z nich, Gopi Kriszna, podczas spotkania z młodymi Niemcami tak odpowiedział na jedno z pytań dotyczących medytacji: „Im bardziej słucham Europejczyków mówiących o medytacji, tym bardziej czuję, że właściwie powinienem im odradzać jej uprawianie. Oni przecież nie rozumieją zupełnie, o co chodzi. Proszę poczytać w swoich świętych pismach, a znajdziecie to samo, co w naszych: masz miłować twego bliźniego; masz miłować Boga; masz miłować twego bliźniego w Bogu. Wszystko inne jest zbyteczne. Nigdzie nie jest napisane: masz medytować. Jeśli jednak chcesz miłować Boga i twego bliźniego, i odkryjesz wielką prawdę, że medytacja może tobie w tym pomóc, może się stać na tej drodze decydującą pomocą, wtedy masz medytować; jeśli zaś tego nie odkryjesz, masz ją zostawić w spokoju”. Świadectwo hinduskiego mistrza odwołujące się do praktyki chrześcijańskiej oznacza: prawdziwa medytacja prowadzi do wzrostu miłości. Mówiąc inaczej, odkrywana dzięki medytacji prawda jest prawdą miłości. Wiemy, że miłość „niejedno ma imię” – jednak ona sama jest ostatecznie jedna. Do tego jeszcze powrócę.

Zatrzymuję się na razie na praktyce – na tle religii chrześcijańskiej. Samo pojęcie „medytacja” jest pochodzenia zachodniego, wywodzi się od łacińskiego słowa meditari, związanego z praktyką, która w zależności od dziedziny życia, gdzie bywa stosowana, może oznaczać: powtarzane ćwiczenie, wprawianie się do pewnej postawy życiowej, uczenie się na pamięć. W przypadku praktyki modlitewnej pierwszych pustelników i zakonników medytacja oznaczała najpierw głośne lub półgłośne, powtarzane recytowanie tekstu, głównie Pisma Świętego. Powtarzanie miało na celu nie tyle nauczenie się na pamięć, ile raczej egzystencjalne przyswojenie wypowiadanych słów. W tym sensie „medytacja” Pisma bywała porównywana do przeżuwania pokarmu przez zwierzęta, aby jego asymilacja była pełniejsza. Jednakże przyswajanie świętych słów oznaczało głębiej otwarcie się na Ducha, który je natchnął i dalej ożywia. Dla medytujących ojców pustyni był to właśnie – Duch miłości, skoro zgodnie z słowem Apostoła: „miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5,5). To pierwotne znaczenie odbiega od późniejszego, które rozpowszechniło się od średniowiecza w chrześcijańskich traktatach o modlitwie: „medytacja” stała się synonimem modlitwy myślnej w sensie rozmyślania, refleksji nad różnymi sprawami. Także dzisiaj mówienie o kimś, że medytuje, prowokuje na ogół do pytania: nad czym? albo: o czym? I może dlatego pojęciowym odpowiednikiem „medytacji”, o której mówi także św. Ignacy Loyola w swoich Ćwiczeniach duchowych, stało się w naszym języku „rozmyślanie” – a więc modlitwa myślna...

Tymczasem nie tylko teksty Ignacego, ale także jego osobista praktyka modlitewna wskazują dobitnie, że Świętemu przyświecało całościowe pojmowanie modlitwy i medytacji. Świadczą o tym uwagi w Ćwiczeniach o potrzebie włączenia do medytacji nie tylko myśli, ale także woli, poszczególnych zmysłów i zewnętrznej postawy ciała – jednym słowem: całego człowieka. Także fakt, że Ignacy mówi często jednym tchem o „medytacji i kontemplacji” może sygnalizować szersze pojmowanie medytacji, która nie ogranicza się do „rozmyślania”, ale – zbliżając się do swego pierwotnego znaczenia – jest postacią postawy prostej i zmierzającej ku jeszcze większej prostocie przez integrację całego człowieka.

To prostsze pojmowanie medytacji wychodzi naprzeciw ujęciu wschodniemu, gdzie także liczy się nie tyle rozmyślanie, ile prosta, całościowa postawa skupienia na jednym. Okazuje się przy tym, że głębiej pojmowana medytacja nie jest oderwaniem się czy ucieczką od rzeczywistości, czyli nie stoi pod znakiem negacji, tylko przeciwnie: jej sens jest pozytywny, jako że zmierza ona do pełnego przyjęcia rzeczywistości, do pełnej akceptacji, którą zgodnie z intuicją hinduskiego mistrza możemy nazwać miłością, obejmującą Boga, bliźniego – i wszystko.

Wiele nieporozumień związanych z medytacją wiąże się z przeciwstawianiem ujęcia zachodniego i wschodniego. W świetle powyższych objaśnień widać, że rozpoznanie cech wspólnych wymaga głębszego spojrzenia, sięgającego do źródła. Poza prostotą i całościowym skupieniem na jednym, elementem wspólnym jest akcentowanie roli praktyki, powtarzanego wytrwale ćwiczenia. Spotyka się nierzadko krytyczne określanie wschodniej praktyki jako „techniki” medytacyjnej w odróżnieniu od zachodnich ćwiczeń, ale w obu przypadkach właściwsze jest mówienie o ćwiczeniach. Istotne jest bowiem nie to, co się „robi”, jak sugeruje słowo „technika”, tylko liczy się właściwa postawa duchowa, którą można różnie określać, także w zależności od tradycji religijnej. Ale najważniejsza jest wspólnota praktykowania medytacji jako drogi, która prowadzi do prawdziwego przemienienia człowieka – do życia pełnego miłości.

2. Wyzwolenie miłości

W jakim sensie droga medytacji staje się wyzwoleniem miłości? Trzeba zacząć od uświadomienia sobie tego, co przeszkadza miłować. Powierzchowne spojrzenie wmawia, że przeszkody tkwią w ludziach, którzy nas otaczają – tyle mamy im do zarzucenia, by się usprawiedliwić, że ich nie miłujemy. Medytacja prowadzi do głębszego spojrzenia. Otwiera nam oczy na przeszkody, tkwiące w naszym osobistym wnętrzu, dlatego nie pozwalające prawdziwie miłować. Odkrywamy najgłębszą przeszkodę w naszym – moim – egocentryzmie, stawianiu siebie, swego ego na pierwszym miejscu.

Na medytacji przeżywamy wiele przejawów egocentryzmu: zamiast skupić się na jednym, krążymy wokół wielu rzeczy, przeważnie „własnych” spraw, myśli, uczuć. Nasze troski ukierunkowują nas na samych siebie. Wyrażają one zawsze „moje” zatroskanie, „moje” obciążenie, które „ja” muszę dźwigać. Tworzymy sobie świat troski, w którym ego jest na pierwszym miejscu, jakby było Bogiem.

Podobnie jest z naszymi marzeniami, tworzącymi świat, w którym ja jestem w centrum i wszystko jest mi poddane, może być kształtowane według mojej woli. Także nasze chęci, związane z określonymi pragnieniami, są pożywką dla egocentryzmu. Dalej przejawia się on w upartym stawianiu na swoim. Uparty jest człowiek, który absolutnie wszystko osądza z egoistycznego punktu widzenia i chce bezwzględnie przeforsować swoje własne interesy. Wreszcie przejawem egocentryzmu są negatywne uczucia, które też kierują nas ku sobie. Kto odczuwa lęk, widzi tylko swoje zagrożone ja. Kto czuje wściekłość, przeżywa bezsilność, że nie może uczynić zadość swojemu ja. Kto żywi pogardę, widzi tylko, że jest lepszy albo wie więcej aniżeli osoba pogardzana.

Podobnie można pokazać w przypadku każdego negatywnego uczucia, jak odzywa się w nim nasz egocentryzm. Egocentryzm bywa słusznie nazywany „miłością własną” czy „miłością samego siebie”. Tu jednakże wypada rozróżnić. Przeszkodą na drodze prawdziwego miłowania jest nie to, że miłość kieruje się ku „ja”, ku mnie, tylko to, że siebie stawiam na pierwszym miejscu – mówiąc inaczej: miłuję siebie bardziej niż innych. I dlatego przypomniane przykazanie o jednej miłości – Boga i bliźniego – nie zapomina też o mnie, tylko zaprasza do miłości bliźniego „jak siebie samego”, nie mniej, ale także nie więcej.

Kluczowe jest oczywiście miłowanie Boga, jednak i tu może się wkraść egocentryczna miłość własna. Najłatwiej odkryć ją w interesowności naszego szukania Boga wtedy, gdy Go potrzebujemy, bo czegoś określonego od Niego oczekujemy. Dalej, o przewadze miłości własnej świadczy nasza relacja do bliźnich, nie tylko wtedy, gdy bardziej myślimy o sobie niż o nich, ale kiedy cokolwiek umniejsza naszą miłość do nich. Pod tym względem język biblijny jest radykalny: nie ma w nim eufemizmu, który pozwoliłby mówić o „mniejszej” miłości, bo taka „wybrakowana” postawa jest określana po prostu jako przeciwieństwo miłości – nienawiść. Apostoł upomina w tym sensie: „Jeśliby ktoś mówił: «Miłuję Boga», a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi”. Przypomina także Jego „przykazanie, aby ten, kto miłuje Boga, miłował też i brata swego” (1J 4,20n).

Komu przeszkadza mówienie o Bogu, może po prostu myśleć o kimś innym od ego, mojego ja… Wtedy droga wyzwalania od ego dzięki medytacji jawi się jako przejście od egocentryzmu do alocentryzmu (od allos – „inny” po grecku, w odróżnieniu od ego). Tym „innym” jest wszystko, co wykracza poza ego, cała bogata rzeczywistość, której ego nie pozwala przyjąć i miłować. A szczególną przeszkodą w pełnej relacji z innym (Innym) są pożądania – tu znowu wizja chrześcijańska może się zgodzić z buddyjską. (...)

Do tej samej otwartości na misterium Innego Jezus wzywa także swych uczniów. Uczył ich zwracać się do Tego, którego nazywał Ojcem, w taki sposób, aby mogli wyzwolić się od egocentrycznej pożądliwości. Trzy przypomniane jej objawy to: żądza posiadania (chciwość), żądza władzy (wywyższania się nad innych) i żądza chwały (skupiania uwagi na sobie). Jezus ukazuje postawę przeciwną, nie egocentryczną, tylko teocentryczną czy też ogólniej – alocentryczną.

Kwintesencję nowej postawy znajdujemy w słowach „Ojcze nasz”, najważniejszej modlitwy chrześcijańskiej (por. Mt 6,9-13). Modlitwa przeprowadza z egocentryzmu miłości „świata” do miłości, przyjmującej Innego jako Jednego, Pierwszego. Dlatego ludzi żądnych posiadania Jezus uprasza, by mówili: „Przyjdź królestwo Twoje”. To znaczy: „Nie moje czy nasze królestwo, Panie, ale Twoje królestwo niech się rozwija między nami”. Gdy jako żądni władzy narzucamy własną wolę innym ludziom, Jezus uczy prosić: „Nie moja wola, Panie, ale bądź Twoja wola”. Wreszcie szukający własnej chwały mają się modlić: „Nie moje imię, Panie, ale święć się imię Twoje”.

Liturgiczna forma tej modlitwy dodaje potrójne potwierdzenie wyzwolonej – od nowa – postawy: „Bo Twoje jest królestwo (posiadanie) i potęga (władza) i chwała na wieki”. Wyzwolenie z egocentryzmu dokonuje się, co jest oczywiste na tle wcześniejszych uwag, nie własną mocą, nie miłością własną, tylko przez miłość – Innego. Jakże można by pomóc innym wyzwolić się, jeśli „sam” nie jestem wyzwolony i nigdy „sam” siebie nie wyzwolę… Jakże mógłbym wyzwolić siebie „samego” czy „samemu”, jeśli samo „ja” potrzebuje wyzwolenia… Jednak istnieje miłość inna od miłości własnej i nikt nie jest jej pozbawiony.

Doprawdy? Czyżbyśmy tyle razy nie czuli w naszym życiu braku miłości? Przypomnijmy słowa św. Pawła ze słynnego hymnu o miłości, gdzie na początku Apostoł stwierdza, że bez miłości: „byłbym niczym” (1Kor 13,2). Tę prawdę przeżywamy nierzadko negatywnie: czujemy brak miłości, ze strony innych i również u siebie, a wtedy pojawia się poczucie bezsensu: nie ma po co żyć... Ale negatywna strona kryje prawdę, której pełnię – pozytywną – mamy dopiero odkryć. Owszem, bez miłości byłbym niczym, ale przecież nie jestem niczym, tylko jestem, a więc: jestem umiłowany. To właśnie jest inna miłość Innego, nie pochodząca ode mnie, lecz od Niego jako źródła mojego życia. Ta miłość u podstawy wszelkiego życia potrafi naprawdę mnie wyzwolić – od egocentrycznej miłości własnej – otwierając mnie głębiej na miłość Innego, któremu jako ludzie wszystko zawdzięczamy, bo w Nim „żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17,28).

Jacek Bolewski SJ
(fragmenty konferencji wygłoszonej podczas sesji w dialogu międzyreligijnym „Dobre Serce” w 2008 roku w SWPS w Warszawie). Źródło: www.wccm.pl

zz

Zmieniony: czwartek, 05 lipca 2012 12:11